niedziela, 15 maja 2016

Dzień 1: Publiczna spowiedź

Skończyłam właśnie pić swoją błogosławioną, bo jedyną w ciągu dnia kawę sypaną, zapaliłam świeczkę o zapachu wiśni w czekoladzie i z trzepoczącym sercem zaczynam pisać. (Natomiast cholerny ból głowy ma paracetamol kompletnie gdzieś, namolnie przybierając na sile).

Za rok 15 maja będzie dniem, w którym zjem coś dobrego z okazji rocznicy założenia Skórki pomarańczy, czyli suma summarum zaistnienia mojego największego sekretu. Bo tak przy okazji - każdy z was, który tu zajrzał i czyta, staje się moim prywatnym, bliskim powiernikiem. (Mamy dzisiaj bardzo dziwną pogodę - leje to przestaje na zmianę). Wspomniana tajemnica jest ucieleśnieniem pewnego niewielkiego mechanizmu, który jak przypuszczam, funkcjonuje nie tylko we mnie. Nienawidzę mówić o sobie. Prawdę powiedziawszy, odbieram to jako najgorszą ostateczność, która rozbraja mnie doszczętnie, pozostawiając nagą, bez karaceny i oręża w środku pola bitwy przy temperaturze -3'C jak dobrze. Taka średniowieczna animacja. Jeżeli mój rozmówca dowie się czegoś o mnie, z automatu jest w stanie, w razie zaistniałego konfliktu, zaatakować mnie włócznią, siekierą, maczetą, maczugą, mieczem, Bóg raczy wiedzieć z czym, w zależności od aktualnej własnej potrzeby i upodobania. Rozumiecie, o co mi chodzi. Ja sama w każdym wypadku czuję się bardzo słaba. Boję się mnóstwa rzeczy, często chowając ręce pod zgięte nogi i skulając w sobie jak małe dziecko. To taka forma obrony, na dzień dzisiejszy jedyna z resztą. 

Wciąż nie mogę się przyzwyczaić, że piszę zupełnie szczerze, nie przejmując się absolutnie nikim i niczym. Także dochodzimy do sedna mojego sekretu, którego już w tym momencie jesteście częścią. O istnieniu Skórki pomarańczy nie wie absolutnie nikt, oprócz was. Nie sposób jakkolwiek powiązać go [bloga] ze mną, a jedynym źródłem dowodów jest mój laptop, którym nota bene nikt się nie interesuje. Zamierzam pisać codziennie, bez ogródek, o wszystkim i  w ten sposób zwyczajnie być, jako prawdziwa ja, którą znacie, a która nie ma formy - jest po prostu Skórką.

Dosyć wstępu, każdy wie, o co chodzi, publiczna spowiedź, czyli epicentrum problemu. (Powinnam się w tej chwili uczyć, ale kogo to obchodzi. O, ból głowy odpuszcza. Skubaniec przestraszył się białej pigułki). Myślę, że założyłam bloga, ponieważ zaczęłam się trochę dusić. Nie chcę nikomu niczego powiedzieć, nawet rodzinie, chociaż Bogiem a prawdą jest dla mnie szczególnie ważna, wizyty u psychologa to moja istna droga przez mękę, a jednocześnie chciałabym pokazać tę szczerą, prawdziwą siebie, najchętniej znajdując przy sposobności choć troszkę zrozumienia. Od dawna marzyło mi się takie miejsce, gdzie osądzać mnie będą tylko i wyłącznie na podstawie tego, co mówię, czuję, myślę, wyrażam, a nie szeregu innych, głupich, nic nieznaczących czynników. Nie zrozumcie mnie źle, ja naprawdę nie mam na co narzekać, ale są we mnie rzeczy szczególnie tkliwe, które od czasu do czasu ohydnie bolą, tak że płaczę, krzyczę i wyję w poduszkę. 

Żeby z samego początku nikogo nie odstraszać, poopowiadam wam również o innych sprawach, trochę (dużo?) bardziej przyziemnych, zwykłych. Apetyt wzrasta w miarę czytania, jak to mówią. Ale oprócz tego czeka was nieco mojego życia, czyli psycholog, zalążki anoreksji, myśli samobójcze, utrata bliskich osób i... te fajne chwile, kiedy na moment wkrada się do mojego mózgu świadomość, że może warto pobyć na tej ziemi chociaż jeden dzień dłużej. 

Nie mam pojęcia, na ile kogokolwiek takie rzeczy kręcą, mnie widocznie bardzo, skoro brodzę w nich po pachy, ale pozostaje mi zachęcić do pozostania, do wpadnięcia jutro, kiedy dodam kolejnego posta. Jeszcze nie wiem, o czym napiszę - jest tyle do opowiedzenia, tyle do wyłuskania, do przyprawienia, ugotowania i strawienia. Może któreś z was poczuje czasem to, co ja i się podzieli, choćby zwykłym "Cześć" - to już zawsze coś. Gratuluję każdemu, kto dotrwał do tego miejsca, nie zasypiając. Miłej niedzieli (skądinąd osobiście nienawidzę niedziel), do zobaczenia jutro.